Copyright 2010 Outside the Box. All Rights Reserved.
Snowblind by Themes by bavotasan.com.
Blogger Templates by Blogger Template Place | supported by One-4-All
Witam ponownie.
Czasami czuję się jak lekki schizofernik, wiedząc, że jak na razie to najprawdopodobniej piszę tylko dla siebie ;)
Dzisiejszego dnia chciałem poruszyć kolejną kwestię związaną z dziećmi.
Kilka dni temu na poczytnym polskim serwisie internetowym "Sfora" pojawił się artykuł, który w sumie nie przedstawił nic odkrywczego odnośnie opisanej sytuacji, jednak jest na tyle ciekawy, że warto go tutaj przytoczyć.
Pewna restauracja w Berlinie utworzyła na swoim terenie obszar wolny od dzieci. Rozwiązanie proste, a jakże genialne w swej funkcjonalności dla ludzi szukających w aktywności poza zawodowej chwili spokoju i relaksu w otoczeniu ulubionego jedzenia.
Obszar ten przeznaczony jest dla ludzi, którzy chcą zjeść posiłek wolni od gaworzenia oraz niecierpliwego płaczu niemowlaków oraz dla tych, którzy chcą, cytuję, "dotrzeć do miejsca posiłku bez wykonywania slalomu między wózkami dziecięcymi". Jak można było przypuszczać, od razu podniósł się raban, iż pomysł jest "niesmaczny" i w ogóle niezgodny z ogólnie przyjętymi zasadami socjalnymi. Wypada mi się w tym momencie jedynie zgodzić z tą opinią - w sensie, że jest on niezgodny z ogólnie przyjętymi zasadami socjalnymi. Jako, że blog mój pokazać ma, iż istnieją ludzie, którzy widzą odstępstwa od sztywnych reguł socjalnych, takich jak posiadanie dzieci, domu, męża/żony, jak coś normalnego, nie zostaje mi również nic innego, jak przyklasnąć pomysłowi Niemców i modlić się o ekspansję pomysłu w skali międzynarodowej.
W tym momencie docieram do fragmentu, gdzie się żalę. W pełni zgadzam się z pomysłodawcą "strefy wolnej od dzieci", mając w doświadczeniu serię niemiłych wydarzeń będących częścią mego życia. Dwugodzinny lot samolotem w towarzystwie dziecka, które nie przestało ani na chwilę płakać (akurat do tego nie mogę się przyczepić, bo przetransportować dziecko jakoś trzeba), przekrzykiwanie maleństwa w parku, w którym akurat zdecydowałem się skonsumować książkę (pierwszy raz od miesiąca, kiedyś to słońce się raczyło pokazać) czy też niemożność przemieszczania się w sklepach wypełnionych po cztery kąty wózkami dziecięcymi (nie, nie był to sklep dla dzieci, a taki z jedzeniem) - wszystkie te sytuacje okazałyby się dla mnie bezbolesne, jeśli faktycznie istniałaby taka "Strefa wolna od dzieci". Chętnie bym z niej skorzystał, oddając się błogiemu odpoczynkowi, nie będąc narażonym na negatywny czynnik hałasogenny.
Czas na Postulat nr. 2.
Kochany rodzicu. Jak naprawdę dobrze wiem jak bardzo może stać się obiektem fascynacji własne dziecko (np, ja mam koty), jednak poruszając się w społeczeństwie trzeba mieć na względzie, iż nie każdemu poziom tolerancji osiąga poziom stratosfery, kiedy okazuje się, że to coś, co właśnie z całej siły uderzyło mnie w kostkę to wózek dziecięcy, pchany przez rozanieloną mamusię/tatusia. Ja ogólnie tolerancyjny jestem, jednak bardzo mocno przeszkadza mi fakt, iż ktoś może oczekiwać mojej pobłażliwości na szereg zaistniałych, absurdalnych i denerwujących sytuacji ze względu na fakt, iż posiada dziecko.
Podsumowując: tak, przeszkadza mi dziecko krzyczące przez pół godziny z bliżej niezprecyzowanego powodu, naruszając moją strefę osobistą. Tak, przeszkadza mi dziecko, które prawie potrąciłem, bo rozbiegło się tak, że nie zwróciło na mnie uwagę. Przeszkadza mi, ogólnie rzecz biorąc, każde dziecko, które destabilizuje mój nastrój, samopoczucie i spokój wewnętrzny, tak samo jak robi to denerwujący sąsiad, kot i nawet Megan Fox ze swoim airbrushem, jeśli akurat zrobi coś, co jest mi nie na rękę. Zacznijcie więc, kochani rodzice, patrzeć troszkę dalej, niż swoje własne postrzeganie i choć na chwilę wczuć się w sytuację napotkanego człowieka, któremu Wasza latorośl, jakkolwiek słodka by nie była, narusza strefę osobistą.
Dziękuję bardzo za uwagę i do przeczytania następnym razem, kiedy to spłodzę coś nowego w mojej osobistej "Strefie wolnej od dzieci".
Out Of The Box.
Czasami czuję się jak lekki schizofernik, wiedząc, że jak na razie to najprawdopodobniej piszę tylko dla siebie ;)
Dzisiejszego dnia chciałem poruszyć kolejną kwestię związaną z dziećmi.
Kilka dni temu na poczytnym polskim serwisie internetowym "Sfora" pojawił się artykuł, który w sumie nie przedstawił nic odkrywczego odnośnie opisanej sytuacji, jednak jest na tyle ciekawy, że warto go tutaj przytoczyć.
Pewna restauracja w Berlinie utworzyła na swoim terenie obszar wolny od dzieci. Rozwiązanie proste, a jakże genialne w swej funkcjonalności dla ludzi szukających w aktywności poza zawodowej chwili spokoju i relaksu w otoczeniu ulubionego jedzenia.
Obszar ten przeznaczony jest dla ludzi, którzy chcą zjeść posiłek wolni od gaworzenia oraz niecierpliwego płaczu niemowlaków oraz dla tych, którzy chcą, cytuję, "dotrzeć do miejsca posiłku bez wykonywania slalomu między wózkami dziecięcymi". Jak można było przypuszczać, od razu podniósł się raban, iż pomysł jest "niesmaczny" i w ogóle niezgodny z ogólnie przyjętymi zasadami socjalnymi. Wypada mi się w tym momencie jedynie zgodzić z tą opinią - w sensie, że jest on niezgodny z ogólnie przyjętymi zasadami socjalnymi. Jako, że blog mój pokazać ma, iż istnieją ludzie, którzy widzą odstępstwa od sztywnych reguł socjalnych, takich jak posiadanie dzieci, domu, męża/żony, jak coś normalnego, nie zostaje mi również nic innego, jak przyklasnąć pomysłowi Niemców i modlić się o ekspansję pomysłu w skali międzynarodowej.
W tym momencie docieram do fragmentu, gdzie się żalę. W pełni zgadzam się z pomysłodawcą "strefy wolnej od dzieci", mając w doświadczeniu serię niemiłych wydarzeń będących częścią mego życia. Dwugodzinny lot samolotem w towarzystwie dziecka, które nie przestało ani na chwilę płakać (akurat do tego nie mogę się przyczepić, bo przetransportować dziecko jakoś trzeba), przekrzykiwanie maleństwa w parku, w którym akurat zdecydowałem się skonsumować książkę (pierwszy raz od miesiąca, kiedyś to słońce się raczyło pokazać) czy też niemożność przemieszczania się w sklepach wypełnionych po cztery kąty wózkami dziecięcymi (nie, nie był to sklep dla dzieci, a taki z jedzeniem) - wszystkie te sytuacje okazałyby się dla mnie bezbolesne, jeśli faktycznie istniałaby taka "Strefa wolna od dzieci". Chętnie bym z niej skorzystał, oddając się błogiemu odpoczynkowi, nie będąc narażonym na negatywny czynnik hałasogenny.
Czas na Postulat nr. 2.
Kochany rodzicu. Jak naprawdę dobrze wiem jak bardzo może stać się obiektem fascynacji własne dziecko (np, ja mam koty), jednak poruszając się w społeczeństwie trzeba mieć na względzie, iż nie każdemu poziom tolerancji osiąga poziom stratosfery, kiedy okazuje się, że to coś, co właśnie z całej siły uderzyło mnie w kostkę to wózek dziecięcy, pchany przez rozanieloną mamusię/tatusia. Ja ogólnie tolerancyjny jestem, jednak bardzo mocno przeszkadza mi fakt, iż ktoś może oczekiwać mojej pobłażliwości na szereg zaistniałych, absurdalnych i denerwujących sytuacji ze względu na fakt, iż posiada dziecko.
Podsumowując: tak, przeszkadza mi dziecko krzyczące przez pół godziny z bliżej niezprecyzowanego powodu, naruszając moją strefę osobistą. Tak, przeszkadza mi dziecko, które prawie potrąciłem, bo rozbiegło się tak, że nie zwróciło na mnie uwagę. Przeszkadza mi, ogólnie rzecz biorąc, każde dziecko, które destabilizuje mój nastrój, samopoczucie i spokój wewnętrzny, tak samo jak robi to denerwujący sąsiad, kot i nawet Megan Fox ze swoim airbrushem, jeśli akurat zrobi coś, co jest mi nie na rękę. Zacznijcie więc, kochani rodzice, patrzeć troszkę dalej, niż swoje własne postrzeganie i choć na chwilę wczuć się w sytuację napotkanego człowieka, któremu Wasza latorośl, jakkolwiek słodka by nie była, narusza strefę osobistą.
Dziękuję bardzo za uwagę i do przeczytania następnym razem, kiedy to spłodzę coś nowego w mojej osobistej "Strefie wolnej od dzieci".
Out Of The Box.
0 komentarze:
Dlaczego?
Witam serdecznie tych, którzy zdecydowali się odwiedzić mojego bloga.
Z góry zaznaczam, że na pisaniu znam się raczej średnio - kiedyś nawet w mej niezmiennej naiwności wysłałem próbkę publicystyki do pewnego wydawnictwa, które dosyć szybko i skutecznie oświeciło mnie w kwestii moich umiejętności.
Blog ten ma na celu jedynie luźne przelanie pewnych myśli i ideologii, z którymi nie wszyscy muszą się zgadzać ;)
Postaram się umieścić tutaj nie tylko moje osobiste wywody na temat "życia poza pudełkiem", ale również wiele innych aspektów, niekoniecznie powiązane stricte z blogiem. Mam nadzieję, że każdy będzie się tutaj dobrze bawi, a przynajmniej ta jedna, cała osoba, czyli ja (co akurat dla mnie jest celem utworzenia tego bloga) :)
Zapraszam;)
Z góry zaznaczam, że na pisaniu znam się raczej średnio - kiedyś nawet w mej niezmiennej naiwności wysłałem próbkę publicystyki do pewnego wydawnictwa, które dosyć szybko i skutecznie oświeciło mnie w kwestii moich umiejętności.
Blog ten ma na celu jedynie luźne przelanie pewnych myśli i ideologii, z którymi nie wszyscy muszą się zgadzać ;)
Postaram się umieścić tutaj nie tylko moje osobiste wywody na temat "życia poza pudełkiem", ale również wiele innych aspektów, niekoniecznie powiązane stricte z blogiem. Mam nadzieję, że każdy będzie się tutaj dobrze bawi, a przynajmniej ta jedna, cała osoba, czyli ja (co akurat dla mnie jest celem utworzenia tego bloga) :)
Zapraszam;)
