Copyright 2010 Outside the Box. All Rights Reserved.
Snowblind by Themes by bavotasan.com.
Blogger Templates by Blogger Template Place | supported by One-4-All
Wstałem dziś o siódmej rano. Pospałbym do ósmej, ale - jak zwykle w dzień powszedni - pociecha sąsiada obok... oraz tego z drugiej strony... no i w sumie mieszkających ponad mną również, zdecydował(y) głośnym tupaniem, krzykami i rzucaniem przedmiotów o swoją podłogę (a mój sufit) obswieścić światu swoje rozpoczęcie dnia.
Zaparzyłem sobie kawy i uchyliłem balkon z zamiarem skosztowania porannego powietrza - jeśli już przymusowo wstałem wcześniej, to chociaż skorzystam... Nic z tego - dziecko z góry przeniosło się właśnie na balkon, odczyniając swój taniec tuż nad moją głową. Poza tym mój balkon znowu kleił się od jakiegoś soku... Chyba komuś powyżej coś się wylało....
Po doprowadzeniu się do porządku zdecydowałem wyjść na pocztę zapłacić Rachunek Bimbających... Wyszedłem na korytarz, a po chwili musiałem wykonać mały slalom pomiędzy wózkami dziecięcymi, znosząc wymowne milczące spojrzenie Szczęśliwych Rodziców - moich sąsiadów...
W drodze na pocztę zorientowałem się, że jeszcze niczego nie jadłem... Postanowiłem zatrzymać się po drodze w jednej przydrożnej baro-restauracji i zjeść coś na szybko... Wszedłem do środka i zauważyłem, że Strefa Wolna od Bimbających wypełniona jest po ostatni stolik szczęśliwymi, rozgadanymi mamusiami z wózkami i ich śliniącymi się pociechami... Normalne miejsce, stanowiące równo jeden stolik, szczęśliwie dla mnie było wolne... Ruszyłem w jego kierunku, ponownie wyginając się niczym wąż pomiędzy wózkami dziecięcymi, ponownie znosząc wszystko mówiące spojrzenia Szczęśliwych Rodziców...
Usiadłem i zamówiłem pierś z kurczaka w bułce u kelnerki patrzącej się na mnie niczym na gatunek wymarły. Konsumując, czułem się jak wystawa w muzeum minionych czasów. Brakowało mi tylko widoku stryczka dyndającego pod sufitem...
Po zjedzeniu i zapłaceniu rachunku z ledwością dopchałem się do wyjścia - zacząłem żałować, że nie zamówiłem sobie tej Atrapy dla Bimbających na eBayu... Być może nie byłbym tym samym skazany na świecenie niczym pracownik Czernobyla wśród tych wszystkich nieskazitelnych ludzi.
Dojechałem na pocztę i stanąłem w kolejce...
- Zobacz - usłyszałem za swoimi plecami szepczący, damski głos - kolejny Bimbający... Widzisz, synku - tak właśnie będziesz wyglądał uciekając od swego obywatelskiego obowiązku wobec wszystkich ludzi.
Nie musiałem odwracać się do tyłu, by wiedzieć, że rozmowa była o mnie. Rachunek w moim ręku mówił wszystko...
Dopchałem się do okienka i spojrzałem w oczy uśmiechniętej pani w różowej bluzce.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - zaszczebiotała. Bez słów podałem jej rachunek, a jej mina zrzedła prawie natychmiastowo. Wzięła go ode mnie niechlujnym ruchem ręki, nie zdejmując ze mnie tego potępiającego wzroku.
- Tak... Nie chce się spełniać obywatelskiego obowiązku to trzeba płacić. Nie może być tak, że w społeczeństwie nagradza się bimbających i myślących tylko o swej wygodzie, apartamentach, samochodach i wczasach.
I w tym momencie się obudziłem... Spojrzałem na zegarek... Siódma rano. Powód wcześniejszej niż zwykle pobudki? Hałasy piętro wyżej - dziecko rozwalające samochodzik o swoją podłogę, a mój sufit...
Zainspirowane ciekawym artykułem (http://www.pardon.pl/artykul/12437/nie_masz_dzieci_zaplacisz_panstwu_kare), opublikowanym ostatnio w serwisie Pardon.
Myślałem przed chwilą o tym, co miało stanowić wątek dla mojego kolejnego posta - zaczynając przygodę z tym blogiem wiedziałem praktycznie na sto dni naprzód o czym będę chciał napisać i w jaki sposób. Teraz wypadłem trochę z rytmu, ale ponieważ poniższe wypociny stanowią moją koncepcję życia jako takiego, nie trudno jest przypomnieć sobie na co przychodzi kolej w tym momencie ;)
Pieniądze - cel życia, jego fundament, moim osobistym zdaniem. Żyjemy by przedłużyć gatunek i przetrwać odpowiednią ilość czasu na osiągnięcie tego celu. Kiedyś przekładało się to na naukę sztuki polowania, przetrwania w niebezpiecznym środowisku, powrocie do domu ze zdobyczą (jedzeniem) i kopulowaniem z partnerką życiową. Czasy się zmieniły, polowanie zastąpione zostało przez wykupienie odpowiednich produktów w supermarkecie, a by to zrobić potrzebne są pieniądze. Łatwo jest więc dojśc do wniosku, że stanowią one obecnie substytut polowania i przetrwania codzienności celem przedłużenia drzewa genealogicznego.
Wiadomo, że czasy mamy ciężkie, rececja jest słowem pojawiającym się jako najczęstsze w dialogu międzyludzkim ostatnimi miesiącami. Coraz częsciej usłyszeć można o tym jak ludzie ledwo wiążą koniec z końcem. Abstrakcja dla mnie pojawia się w momencie, kiedy wspomnieni ludzie decydują się spłodzić potomka. Nie istnieje w fazie planowania kwestia finansowa - większość par desperacko pragnąca, aby ich udziałem stał się cud stworzenia, nie komplikuje sobie owych planów tak trywialną kwestią jak pieniądze. Omijam w tym miejscu ekstremalne przypadki ludzi tkwiących w biedzie, dla których płodzenie dzieci (wedle stwierdzenia: "nie mieli telewizora w domu") jest substytutem rozrywki (być może nie płodzenie per se, a bardziej przyjemność temu towarzysząca), uzupełnieniem życia polegającego na pracy (lub zasiłku), oglądaniu telewizora i fizycznych uciechach właśnie (bo pozycja to mocno atrakcyjna na dosyć krótkiej liście takich ludzi). Nie chcę w tym momencie szastać stereotypami, ale każdy z nas z pewnością zna niejedną rodzinę, na którą składa się czternaścioro rodzeństwa, przy dosyć zaniżonych zarobkach czy jakości życia.
Wracając do meritum sprawy - niewielu ludzi zdaje sobie jak wielkim wydatkiem jest dziecko i jego utrzymanie. Pieluchy, lekarstwa, jedzenie, odżywki, niania, lekarze... Lista jest długa niczym mój rękaw w zimę - dodatkowo, mieszkając w takim kraju jak Polska, wydatki te osiągają niemal mistyczny wymiar, bowiem są prawie niemożliwe do kompletnego pokrycia. Ludzie jednak nie zastanawiają się jednak nad finansowymi konsekwencjami posiadania dzieci - najważniejsze jest to, aby spłodzić potomka, a czas na martwienie się przyjdzie później. Oczywiście, ktoś może w tym momencie wykrzyknąć, że z podejściem, które przedstawiłem powyżej, świat wpadłby w wielką dziurę i bardzo szybko okazałoby się, iż zgonów na świecie zrobiło się więcej niż narodzin. Nie twierdzę, żeby tak nie było - ja tylko przytaczam moje ideologie w tym blogu i nie twierdzę, że mam przy tym pomysł na naprawienie świata (to zostawiam innym:D). Skupiwszy się na tej kwestii, znajduję denerwującym sytuację, kiedy zostaję wciągnięty przez kogoś w taką mniej więcej rozmowę:
- Hej, co u Ciebie?
- No świetnie! Wszystko do przodu, a u Ciebie?!
- No nie jest źle, wiesz jak to jest. Dziecko, mąż - staramy się jak możemy, ale mały [wstawić imię] znowu ma zapalenie płuc i po raz kolejny idę z nim do lekarza. Mówię Ci, ile te leki dziś kosztują! A do tego fotelik musimy mu kupić do samochodu... A co u Ciebie?
- No ja się wybieram na Kanary za dwa tygodnie. Szykuje się świętowanie, imprezowanie i zabawa do rana z moją dziewczyną.
- Aha... No ja z [wstawić imię] nigdzie się nie wybieram na wakacje, bo musimy wynająć nianię, a potem jeszcze wyszykować do przedszkola. No i zima idzie, więc trzeba kupić nowe ciuszki dla [wstawić imię] - a wiesz jak strasznie one dziś kosztują!
- No przykro mi słyszeć...
- Noo, ale wiesz, to takie cudowne - kiedy wy będziecie się starać o swojego maluszka? To takie wspaniałe mieć takiego ślicznego dzidziusia! No i kiedy ten ślub??
- Nooo... ee, ja wiesz co myślę o posiadaniu dzieci i ślubach...
- Nie martw się, kiedyś też to poczujesz i będziesz szczęśliwy jak ja!
Po rozmowie takowej (90% zgodności z większością rozmów, które przeprowadziłem niedawno z osobami posiadającymi dzieci) nie jestem w stanie wyłapać (oczywiście, z mojej perspektywy) szalonej ilości szczęścia wypełniającego życie mojego rozmówcy. Dla mnie definicja takowego wygląda troszeczkę inaczej, szanuję inne koncepcje (co nie znaczy, że działa to w drugą stronę, bowiem osób tolerujących mój stosunek do życia i dzieci/domu/posadzonego drzewa jest tyle, ile siwych włosów na mej głowie, czyli może z dwa:D), jednak nie jestem w stanie w najmniejszym stopniu współczuć czy zrozumieć ludzi, którzy z własnej woli pakują się w finansowy dołek, wprowadzają swoje życie w stan stagnacji i na koniec starają się weprzeć mi, że jest to idealna recepta na szczęście. Przepraszam, ale chyba ktoś tutaj nie trybi za dobrze... I nie czuję, że mówię o sobie...
Na koniec mała wizualna porada dla każdego, kto myśli o poszerzeniu swojej rodziny o miniaturę człowieka.
Pozdrawiam serdecznie;) Continue Reading
Dlaczego?
Z góry zaznaczam, że na pisaniu znam się raczej średnio - kiedyś nawet w mej niezmiennej naiwności wysłałem próbkę publicystyki do pewnego wydawnictwa, które dosyć szybko i skutecznie oświeciło mnie w kwestii moich umiejętności.
Blog ten ma na celu jedynie luźne przelanie pewnych myśli i ideologii, z którymi nie wszyscy muszą się zgadzać ;)
Postaram się umieścić tutaj nie tylko moje osobiste wywody na temat "życia poza pudełkiem", ale również wiele innych aspektów, niekoniecznie powiązane stricte z blogiem. Mam nadzieję, że każdy będzie się tutaj dobrze bawi, a przynajmniej ta jedna, cała osoba, czyli ja (co akurat dla mnie jest celem utworzenia tego bloga) :)
Zapraszam;)

