Subscribe to RSS Feed

Dzieci - wampir... ekonomiczny?

niedziela, 5 września 2010 by Outside the Box

Witam serdecznie po dłuugiej przerwie. Jedna Pani zostawiła komentarz, więc przez myśl mi przeszło, że może jednak ktoś to od czasu do czasu czyta i warto kontynuować wylew moich niecodziennych teorii?


Myślałem przed chwilą o tym, co miało stanowić wątek dla mojego kolejnego posta - zaczynając przygodę z tym blogiem wiedziałem praktycznie na sto dni naprzód o czym będę chciał napisać i w jaki sposób. Teraz wypadłem trochę z rytmu, ale ponieważ poniższe wypociny stanowią moją koncepcję życia jako takiego, nie trudno jest przypomnieć sobie na co przychodzi kolej w tym momencie ;)


Pieniądze - cel życia, jego fundament, moim osobistym zdaniem. Żyjemy by przedłużyć gatunek i przetrwać odpowiednią ilość czasu na osiągnięcie tego celu. Kiedyś przekładało się to na naukę sztuki polowania, przetrwania w niebezpiecznym środowisku, powrocie do domu ze zdobyczą (jedzeniem) i kopulowaniem z partnerką życiową. Czasy się zmieniły, polowanie zastąpione zostało przez wykupienie odpowiednich produktów w supermarkecie, a by to zrobić potrzebne są pieniądze. Łatwo jest więc dojśc do wniosku, że stanowią one obecnie substytut polowania i przetrwania codzienności celem przedłużenia drzewa genealogicznego.

Wiadomo, że czasy mamy ciężkie, rececja jest słowem pojawiającym się jako najczęstsze w dialogu międzyludzkim ostatnimi miesiącami. Coraz częsciej usłyszeć można o tym jak ludzie ledwo wiążą koniec z końcem. Abstrakcja dla mnie pojawia się w momencie, kiedy wspomnieni ludzie decydują się spłodzić potomka. Nie istnieje w fazie planowania kwestia finansowa - większość par desperacko pragnąca, aby ich udziałem stał się cud stworzenia, nie komplikuje sobie owych planów tak trywialną kwestią jak pieniądze. Omijam w tym miejscu ekstremalne przypadki ludzi tkwiących w biedzie, dla których płodzenie dzieci (wedle stwierdzenia: "nie mieli telewizora w domu") jest substytutem rozrywki (być może nie płodzenie per se, a bardziej przyjemność temu towarzysząca), uzupełnieniem życia polegającego na pracy (lub zasiłku), oglądaniu telewizora i fizycznych uciechach właśnie (bo pozycja to mocno atrakcyjna na dosyć krótkiej liście takich ludzi). Nie chcę w tym momencie szastać stereotypami, ale każdy z nas z pewnością zna niejedną rodzinę, na którą składa się czternaścioro rodzeństwa, przy dosyć zaniżonych zarobkach czy jakości życia. 

 Wracając do meritum sprawy - niewielu ludzi zdaje sobie jak wielkim wydatkiem jest dziecko i jego utrzymanie. Pieluchy, lekarstwa, jedzenie, odżywki, niania, lekarze... Lista jest długa niczym mój rękaw w zimę - dodatkowo, mieszkając w takim kraju jak Polska, wydatki te osiągają niemal mistyczny wymiar, bowiem są prawie niemożliwe do kompletnego pokrycia. Ludzie jednak nie zastanawiają się jednak nad finansowymi konsekwencjami posiadania dzieci - najważniejsze jest to, aby spłodzić potomka, a czas na martwienie się przyjdzie później. Oczywiście, ktoś może w tym momencie wykrzyknąć, że z podejściem, które przedstawiłem powyżej, świat wpadłby w wielką dziurę i bardzo szybko okazałoby się, iż zgonów na świecie zrobiło się więcej niż narodzin. Nie twierdzę, żeby tak nie było - ja tylko przytaczam moje ideologie w tym blogu i nie twierdzę, że mam przy tym pomysł na naprawienie świata (to zostawiam innym:D). Skupiwszy się na tej kwestii, znajduję denerwującym sytuację, kiedy zostaję wciągnięty przez kogoś w taką mniej więcej rozmowę:

- Hej, co u Ciebie?
- No świetnie! Wszystko do przodu, a u Ciebie?!
- No nie jest źle, wiesz jak to jest. Dziecko, mąż - staramy się jak możemy, ale mały [wstawić imię] znowu ma zapalenie płuc i po raz kolejny idę z nim do lekarza. Mówię Ci, ile te leki dziś kosztują! A do tego fotelik musimy mu kupić do samochodu... A co u Ciebie?
- No ja się wybieram na Kanary za dwa tygodnie. Szykuje się świętowanie, imprezowanie i zabawa do rana z moją dziewczyną.
- Aha... No ja z [wstawić imię] nigdzie się nie wybieram na wakacje, bo musimy wynająć nianię, a potem jeszcze wyszykować do przedszkola. No i zima idzie, więc trzeba kupić nowe ciuszki dla [wstawić imię] - a wiesz jak strasznie one dziś kosztują!
- No przykro mi słyszeć... 
- Noo, ale wiesz, to takie cudowne - kiedy wy będziecie się starać o swojego maluszka? To takie wspaniałe mieć takiego ślicznego dzidziusia! No i kiedy ten ślub??
- Nooo... ee, ja wiesz co myślę o posiadaniu dzieci i ślubach...
- Nie martw się, kiedyś też to poczujesz i będziesz szczęśliwy jak ja!

Po rozmowie takowej (90% zgodności z większością rozmów, które przeprowadziłem niedawno z osobami posiadającymi dzieci) nie jestem w stanie wyłapać (oczywiście, z mojej perspektywy) szalonej ilości szczęścia wypełniającego życie mojego rozmówcy. Dla mnie definicja takowego wygląda troszeczkę inaczej, szanuję inne koncepcje (co nie znaczy, że działa to w drugą stronę, bowiem osób tolerujących mój stosunek do życia i dzieci/domu/posadzonego drzewa jest tyle, ile siwych włosów na mej głowie, czyli może z dwa:D), jednak nie jestem w stanie w najmniejszym stopniu współczuć czy zrozumieć ludzi, którzy z własnej woli pakują się w finansowy dołek, wprowadzają swoje życie w stan stagnacji i na koniec starają się weprzeć mi, że jest to idealna recepta na szczęście. Przepraszam, ale chyba ktoś tutaj nie trybi za dobrze... I nie czuję, że mówię o sobie...

Na koniec mała wizualna porada dla każdego, kto myśli o poszerzeniu swojej rodziny o miniaturę człowieka.

























Pozdrawiam serdecznie;) 

1 komentarze:

  1. A...
    19 września 2010 04:27

    Oczywiście masz rację. Niezaprzeczalnie. Zupełnie bez ironii zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Sama jeszcze niedawno atakowana przez młode matki z śliniącym się niemowlęciem na ręku usłyszałam dokładnie to co Ty. A potem parę spraw się zmieniło :) I dziś myślę o moim własnym śliniącym się krzykaczu. Jednego jednak jestem pewna, nie będę nikomu na siłę wmawiała potrzeby powiększania rodziny lub ślubu. Możesz więc śmiało policzyć do trzech :)

Prześlij komentarz